RSS
niedziela, 03 kwietnia 2011
Historia drugiego zdjęcia

Deir el Bahari, Październik 2000

 

Czy miałem „kompleks Gazety Wyborczej”? Na pewno. Objawiło się to tym, że gdy szukałem pracy w dziennikarstwie, to wysłałem kilkanaście listów do różnych tytułów, ale nie ośmieliłem się zapukać do gazety, którą na co dzień czytałem. Nie miałem odwagi. Odmowa (a przecież nie miałem ani dziennikarskiego wykształcenia, ani znajomości, ani specjalnie umiejętności, więc byłem pewny, że by mnie zrzucili ze schodów za bezczelność) podcięłaby mi skrzydła. Dlatego nawet nie spróbowałem. Za to później, pracując w Super Ekspressie, zawzięcie ścigałem się z kolegami z Wyborczej. Podziwiałem ich, czytałem, lubiłem, ale rywalizowałem. Chociaż oni, zapewne nie wiedzieli nawet o moim istnieniu. Bo raczej nie czytali SE...
W każdym razie w Super Expressie w tamtym czasie, na przełomie wieków, zajmowałem się pisaniem o ekonomii i finansach, robiąc czasami wycieczki w inne rewiry. W 1999 roku udało mi się wyrwać do Nowego Jorku i napisać reportaż z tamtejszej giełdy (wyjazd był sponsorowany przez jeden z nieistniejących już dziś funduszy emerytalnych, a tekst ukazał się w weekendowym wydaniu i został życzliwie przyjęty i oceniony). Miałem już jakiś pomysł na siebie i swoją przyszłość, gdy przeczytałem w Wyborczej świetny wywiad Leszka Talko z profesorem Andrzejem Niwińskim, uznanym archeologiem, o następnym sezonie wykopalisk w okolicach Luksoru. Profesor zapowiedział, z typową dla siebie granitową pewnością, że 18 października 2000 roku, w godzinach popołudniowych (kilka minut przed szesnastą, jeśli chodzi o szczegóły), dokona odkrycia grobowca Herhora, słynnego arcykapłana z „Faraona” Bolesława Prusa. Szlag mnie trafił. Sześć lat wcześniej u Niwińskiego miałem piątkę z archeologii Starożytnego Egiptu. Profesor mnie lubił i był bardzo rozczarowany, że postanowiłem wybrać Akademię Muzyczną, zamiast poświęcić się, jak tego po mnie oczekiwał, zgłębieniu tajemnic jego ulubionej XXI Dynastii.
Poleciałem do mojego szefa - Pawła Zapały i krótko mu wyłuszczyłem o co chodzi. Że Niwiński, że wykopaliska, że Egipt, że nie może być tak, że tylko Wyborcza, i że chcę jechać i napisać reportaż. Mogę codziennie wysyłać korespondencję i będzie to ciekawe dla czytelników. Szef wzruszył ramionami i powiedział, że się zastanowi. Potem mnie omijał na korytarzu szerokim łukiem, więc straciłem wszelką nadzieję. Aż zrobiła się połowa października. Spotkałem Pawła Zapałę przypadkiem na korytarzu. Uniósł zdziwiony brwi: A co ty tu robisz? Myślałem, że jesteś już w Egipcie!
W ciągu 48 godzin kupiłem bilet, wyrobiłem sobie wizę, odebrałem w kasie w redakcji dwa tysiące dolarów w gotówce (po powrocie oddałem 1800, a i te 200 wydałem w zasadzie na pamiątki i prezenty, bo życie i podróże były śmiesznie tanie, a w większości przypadków w ogóle za darmo - ale to inna historia). Dostałem służbowego laptopa z łączem satelitarnym i poleciałem do Egiptu.
Spędziłem niesamowite trzy tygodnie, włócząc się z plecakiem po kraju faraonów. Ponad połowę tego czasu mieszkałem w METROPOLITAN House - bazie Polskiej Misji Archeologicznej w Deir el Bahari, niemal tuż przy świątyni królowej Hatszepsut. Poznałem niesamowitych, fantastycznych ludzi, z którymi trzymam sztamę do dziś. Zaprzyjaźniłem z Leszkiem Talko - moim ówczesnym rywalem (obaj pisaliśmy codzienne korespondencje i wysyłaliśmy nocą ze szczytu piaszczystej wydmy na starożytnym cmentarzysku).
Wykopaliska prowadzone przez profesora Niwińskiego miały w sobie niezwykły urok. Przypominały swoim stylem poszukiwania skarbów z początku XX wieku, a nie naukowe misje współczesne. Profesor o świcie wspinał się z nami na skalną półkę nad świątynią Hatszepsut i wskazywał palcem gdzie egipscy robotnicy mają zacząć odwalać kamienie. Gdy coś znajdywali (kawałki ceramiki, mumę kota) zlatywaliśmy się w to miejsce i wspólnie komentowaliśmy znalezisko. Wieczorami siadaliśmy na werandzie Metropolitan House, lub wypuszczaliśmy się do położonego po drugiej stronie Nilu Luksoru na piwo i fajkę wodną. Oczywiście nic nie znaleźliśmy, a raczej nic starożytnego wartego doktoratu. Ale bardzo sobie cenię zawarte wówczas przyjaźnie. Gdy wracałem do Polski (a właściwie wyjeżdżałem, żeby poszukać jeszcze jakiś tematów do reportażu, na Pustynię Libijską). Cała ekipa odprowadziła mnie na dworzec w Luksorze. Ależ ja byłem wzruszony!
Kilka miesięcy później zadzwonił do mnie Jacek Rakowiecki i przedstawił się jako naczelny Vivy. Powołał się na Leszka Talko i zaproponował mi pracę. Mówiąc szczerze nie miałem pojęcia o tym magazynie. Nie słyszałem też nigdy wcześniej o Jacku Rakowieckim. Jechałem akurat samochodem, nie bardzo mogłem rozmawiać. Ufałem Leszkowi, więc nie pytając o nic zgodziłem się i umówiłem, że następnego dnia wpadnę do redakcji na dogadanie szczegółów. Dopiero, gdy w domu wszedłem do internetu, zrozumiałem, że dzwonił do mnie naczelny najfajniejszej i najbardziej prestiżowej gazety lajfstajlowej w tamtym czasie. I wtedy sparaliżowała mnie trema. Nie miałem pojęcia o showbiznesie. Co ja miałbym tam robić? Podejrzewałem, że to raczej Leszkowi naczelny zaproponował pracę, jednak ten nie chciał się rozstawać z Wyborczą, przynajmniej jeszcze nie wtedy. Zasugerował mnie - w zastępstwie. Jacek Rakowiecki musiał naprawdę ufać Leszkowi, skoro zgodził się na taką „podmiankę”. Na spotkanie z redaktorem naczelnym „Vivy” ubrałem najlepszy garnitur, pod pachę wziąłem teczkę z wycinkami moich najciekawszych tekstów z Super Expressu (nigdy ich Jacek nie przeczytał) i wyruszyłem na ulicę Górnośląską, do redakcji pisma, które od trzech lat trzęsło rynkiem showbiznesu, a wśród swoich publicystów miało Piotra Najsztuba. Przynajmniej to nazwisko, coś mi mówiło...
18:59, mzungu6
Link Komentarze (1) »
niedziela, 27 marca 2011
Historia pierwszego zdjęcia

Szwajcaria, okolice Jeziora Genewskiego, sierpień 1999 r.

 

Propozycja wyjazdu do Szwajcarii na tournée z orkiestrą Sinfonia Helvetica przyszła w szczególnym momencie mojego życia. Ostatni rok XX wieku w naturalny sposób nastrajał do podsumowań. Od pięciu lat byłem altowiolistą Polskiej Orkiestry Radiowej, ale coraz trudniej mi było się utrzymać z grania. Orkiestra wyjeżdżała rzadko za granicę, a jeżeli, to na jeden, dwa koncerty. Pensja - 800 złotych, znikała już po tygodniu, po opłaceniu kilku rachunków. Dlatego od dwóch lat pracowałem dodatkowo w Super Expressie. Łączyłem muzykę i pisanie, a dzięki dwóm pensjom jakoś dawało się żyć. Ale ceną było to, że miałem siedmiodniowy tydzień pracy. Codziennie od 9.30 do 21. Myślałem coraz poważniej o wyjeździe za granicę. Rok, dwa na zmywaku w Londynie, czy (lepiej, bo cieplej) na Cyprze i stanąłbym na nogi. Kupił mieszkanie, samochód... Może znalazłbym jakąś lepszą pracę w Zjednoczonym Królestwie?
I wtedy zadzwonił do mnie Krzysiek Zbijowski, klarnecista z Teatru Wielkiego, mój przyjaciel, który od kilku lat wakacje spędzał grając w jednej z najlepszych na świecie orkiestr festiwalowych. Zadzwonił, bo szczęśliwy (dla mnie) splot okoliczności sprawił, że zwolniło się jedno miejsce na altówkę w Helvetice. Zastanawiałem się mniej niż pół sekundy. Rzuciłem wszystko i pojechałem.
To było najpiękniejsze i najbarwniejsze artystycznie dwadzieścia dni w moim życiu. Najpierw „obóz kondycyjny” w położonym na granicy kantonów frankońskiego i niemieckiego Bienne/Biel, a potem cykl koncertów w całej Szwajcarii. Graliśmy codziennie inny program symfoniczny w różnych salach. Czasem w filharmoniach, a kiedy indziej w salach koncertowych przy willach nieprzyzwoicie bogatych arystokratów - mecenasów orkiestry. Dyrektor orkiestry - Grzegorz Nowak, to niezwykły, fantastyczny dyrygent z najwyższej światowej półki. A Sinfonia Helvetica to orkiestra składająca się w znacznej mierze z koncertmistrzów i solistów największych europejskich filharmonii. Niemal każdy muzyk jest laureatem wielkiego międzynarodowego konkursu, ale obowiązywały tu reguły pełnego koleżeństwa. Nie było sztywnej, orkiestrowej hierarchii. Każdy z muzyków mógł „poprowadzić” z pierwszego pulpitu swoją grupę. I mnie się to też przydarzyło. Nigdy nie zapomnę, jak zadziwiająco mało stremowany (jak nie ja) grałem solówki w koncercie na orkiestrę Beli Bartoka. A zdarzyło się to właśnie tam, gdzie zrobiono mi to zdjęcie. To był „chalet” czyli górskie ustronie należące do pewnej milionerki. Obok willi była spora sala koncertowa, do której przybyły tłumy zaproszonych gości z pobliskiej Genewy. O tym, że będę tam grał solo, dowiedziałem się 48 godzin wcześniej. Całą noc ćwiczyłem, a rano zagrałem przesłuchanie w hotelu, przed Grzegorzem Nowakiem.
Po tym koncercie jeden z kolegów, rumuński altowiolista, który był koncertmistrzem znanej hiszpańskiej orkiestry symfonicznej w San Sebastian, zaproponował mi stanowisko swojego zastępcy (a wkrótce i następcy, po Petru przenosił się do Paryża). Moje zarobki wzrosły by dwudziestokrotnie, zadowolenie z pracy, świetny hiszpański „socjal”, koniec z mokrymi, mroźnymi zimami, wielki świat... Przecież o tym marzyłem.
Wystarczyła mi satysfakcja, że to w ogóle jest możliwe, Z żalem odmówiłem i wróciłem do Warszawy. Ale przeczuwałem, że moje życie za moment się zmieni. I zmieniło się. Ale o tym w następnym odcinku.
09:59, mzungu6
Link Komentarze (1) »
wtorek, 22 grudnia 2009
Dzień 24

Dziś urodziny Maćka. Kończy 34 lata. Rano przy śniadaniu dyskutujemy o życiu z parą hipisów z Arizony. Są dokładnie o 20 lat starsi od nas (myśleliśmy, że sporo więcej). Dziś, tak jak my, wyjeżdżają, ale planują przejazd do Dar es Salaam najtańszym promem za 20 dolarów, który płynie całą noc. My nie jesteśmy tacy twardzi. Chcemy spędzić noc w hotelu w Stone Town. Wyjazd z Nungwi mamy dogadany z ziomem, który nas przywiózł tu za 9 tysięcy szylingów. Ale zamiast niego, przyjeżdża po nas jego kumpel i nie chce słyszeć o wynegocjowanej przez nas cenie. Musimy go pogonić i poszukać innego transportu. Na szczęście zajmuje nam to zaledwie pięć minut. Maciek targuje się jak wytrawny globtrotter i dzięki temu pakujemy się do busika we dwójkę za 10 tysięcy. Kilka minut później kierowca zatrzymuje się pod hotelem i zabiera naszych znajomych Norwegów. Słyszymy jak się usiłują targować, ale w końcu godzą się zapłacić 8 tysięcy od głowy. Nie możemy się powstrzymać i wspominamy im po drodze, na ile my się dogadaliśmy. Nie mamy pojęcia, że ich to tak wzburzy. Aż do Stone Town dyskutują o tym w swoim gronie. Tak jawna niesprawiedliwość nie mieści się w ich systemie wartości.

W mieście meldujemy się w "Narrow Street Hotel". To już nasz dwunasty adres w Tanzanii. Duży pokój z trzema łóżkami, telewizorem i łazienką, za to bez okna. Dwa wiatraki muszą mielić powietrze na najwyższych obrotach, żeby choć trochę ruszyć zatęchły zaduch. Karaluchów ani za mało, ani za dużo - ot, w sam raz, żeby nie zapomnieć, że jesteśmy w Afryce równikowej. Za to komary bardzo dokuczliwe. Tną jak diabli bez trudu pokonując podartą moskitierę. Zagadka - jak tu trafiły, skoro nie ma okien?

Na dokładkę pieką nas wczorajsze poparzenia z plaży. Chyba przesadziliśmy z opalaniem. Nic to... Idziemy w miasto, które tym razem wydaje nam się znajome jak centrum Warszawy. Błąd! W poszukiwaniu bankomatu zapuszczamy się w jakieś dziwne bazarowe rejony i długo błąkamy się w gąszczu chińskiej tandety. Coraz bardziej irytuje nas to, że wszędzie musimy się opędzać od ziomów, usiłujących wyłudzić od nas resztki kasy. Powrót do znajomych rewirów Stone Town czcimy  zjadając, a przede wszystkim wypijając po kokosie. Czujemy, że smaku świeżych orzechów kokosowych będzie nam bardzo brakować. Teraz rzucamy się w szał zakupów. Choć słowo "szał", to może przesada. Maciek przez godzinę przesłuchuje z kwaśną miną płyty z miejscową muzyką. Wybiera trzy. A potem przez następną godzinę zbija cenę z 40 do 21 tysięcy szylingów. Wracamy do hotelu na małą drzemkę i znów wieczorem wychodzimy na ulicę. Wpadamy na drinka do restauracji "Mercury", a potem idziemy niemal na przeciwko do starej twierdzy, na otwarcie festiwalu muzyki ludowej. Wejście 15 tysięcy szylingów dla mzungu i tysiąc dla miejscowych. Na miejscowych raczej nie wyglądamy, a fortuny na bilety "dla białych" nie mamy.

Na szczęście z portfela wygrzebuję ostatnią wizytówkę. Przekonuję jakoś panią Stellę - czarnoskórą piękność odpowiedzialną za kontakty z prasą, żeby nas wpuściła za free. Uff, udało się! Z tej radości przepuszczamy 15 tysięcy w sklepiku u sympatycznego rastamana i jego zjawiskowo pięknej dziewczyny. No, nareszcie wyglądamy jak mężczyźni: z wisiorkami, bransoletkami, a Maciek nawet z rastamańskim pierścieniem!

A tymczasem na scenie występują najpierw "ptaszki" z Dodomy - obwieszeni piórami bębniarze. Potem dziwny chóro-balet z Mali. Ubrani na biało faceci w wieku od 5 do 60 lat. Zawodzą smutne, jednogłosowe pieśni przypominające chorał gregoriański do układu baletowego a la teledyski Britney Spears. Wreszcie, w ramach nie wiem już jakiego skojarzenia ze sztuką ludową, na scenę wdrapał się gruby Francuz z gitarą i zaczął wywijać jakieś flamenco jak Paco de Lucia.

Nieopodal twierdzy zjadamy homara na patyku i słodkie banany z solą. Spotykamy Martę - koleżankę Maćka z klasy, a obecnie dziennikarkę magazynu "Voyage". Jest ze swoim chłopakiem - Robertem i jeszcze jedną dziewczyną - to ich spotkaliśmy w Arushy, gdy zeszliśmy z Kilimanjaro. Oni się wtedy dopiero wybierali na górę. Z całej czwórki doszedł na szczyt tylko - nieobecny dziś - chłopak (facet tej drugiej dziewczyny). Podobno był bardzo dzielny, bo po drodze rzygał, zataczał się, a nawet pluł krwią. Ciekawe. Marta z Robertem wycofali się na 4200, czyli ledwo powyżej Horombo, a choroba wysokościowa zajadle ich atakowała już od 3 tys. m n.p.m.

Wracamy do hotelu, gdzie toczymy nierówny bój z komarami i próbujemy oglądać półfinałowy mecz Pucharu Narodów Afryki. Egipt pokonuje Wybrzeże Kości Słoniowej aż 4:1, ale ja już tego nie zobaczę. Zasypiam pokąsany przez komary nie czekając nawet na koniec pierwszej połowy. Budzę się w nocy i zdesperowany naprawiam moskitierę. Wystarczyło trochę pomyśleć... Żałuję, że nie wykazałem się inicjatywą wcześniej. Jest upiornie gorąco, a raczej duszno.

11:55, mzungu6
Link Dodaj komentarz »
środa, 16 grudnia 2009
Dzień 23

6.30 dzwoni budzik. Przecieramy oczy i wyruszamy na seafood market. O tej porze, to coś niesamowitego. Flotylla małych łódeczek podpływa do brzegu. 

Kadry jak z "Troi" Wolfganga Petersena. Rybacy wyskakują na płyciźnie i ciągną za ogony złowione rekiny, baasy, marliny, ryby-piły i młoty, wreszcie pękate tuńczyki i rozłożyste barrakudy. Całą zdobycz układają rzędami na piasku i staruszek w słomkowym kapeluszu, w asyście kupców przystępuje do licytacji. 

Dorodny, stukilogramowy rekin idzie za równowartość 50 dolarów. 

 

Dziś nasz ostatni dom nad morzem, więc spędzamy go smażąc się na plaży i kąpiąc się w oceanie. Przed południem właściwie tylko brodzę, bo jest odpływ, a głębsza woda zaczyna się za pasem śliskich skał, na które nie bardzo chcę się zapuszczać. Zbieram muszelki, a Maciek tarza się w ciepłej jak zupa wodzie. Morze podczas odpływu cofa się o dobre 20 metrów, 3-4 metry w pionie. Po południu pływamy próbując nurkować w tych samych miejscach, w których kilka godzin wcześniej leżeliśmy na mokrym piasku. Przed zachodem słońca włóczymy się z aparatemi i robimy zdjęcia. Wszędzie, gdzie się pojawiamy, natychmiast opada nas chmara dzieciaków. 

Gadamy z nimi, śpiewamy piosenki. Myślę, że traktują nas jak niegroźnych wariatów. Wieczorem - jak zwykle - impreza w "Cholo". Maciek tym razem pije ostrzej niż zwykle i zasypia na drewnianej łodzi, która stoi porzucona na plaży i służy drobnym pijaczkom (takim jak my) za ławkę. Ja za nas obu prowadzę niekończące się dyskusje z norweskimi nauczycielami i kanadyjskim obieżyświatem.

11:00, mzungu6
Link Komentarze (1) »
czwartek, 03 grudnia 2009
Dzień 22

Nungwi. Rano wynosimy się z Jumbo Brothers i przeprowadzamy 200 metrów dalej, wgłąb wioski. "Nungwi Guests House", to właściwie barak na tyłach przychodni, obok przedszkola i miejscowego "Placu Defilad". Nasz pokój, to raczej nora, obrośnięta uroczymi bugenwillami. Ale kosztuje tylko 25 dolarów za noc. Ma też własne podwórko z kilkoma fotelami i hamakami. Przytułek ten prowadzi nieokreślona liczba młodych Murzynów, przeważnie rastamanów.

Mieszka tu już para starych hipisów z Arizony. Witamy się jak z serdecznymi przyjaciółmi. 

Spotkaliśmy się na promie z Dar es Salaam, a potem ciągle na nich wpadaliśmy w Stone Town. Jeden z nich jest bardzo milczący, ma długą brodę i okulary jak denka od butelek. Przez całe dnie czyta, albo kaligrafuje coś, zapełniając widokówki maleńkimi literami, które układają się w całe kolumny równych wierszy. Jest mistrzem miniaturyzacji. Drugi jest bardziej towarzyski. To on nas zagadnął na promie. Teraz też podszedł. Przedstawia się jako Bob. W USA zajmuje się drobnymi remontami. Na zlecenie banków przygotowuje do sprzedaży zlicytowane domy. Teraz jednak tak dużo ludzi bankrutuje, że rynek zalały oferty. Ceny spadły. Nikt nie kupuje domów, a Bob nie ma co robić, więc wyruszył wraz z przyjacielem do Afryki. Byli już na siedmiodniowym trekkingu wokół Ruwenzori. Kręcili się to tu, to tam, aż trafili na Zanzibar. Bob zwrócił na nas uwagę, bo rozmawialiśmy po polsku, a on kiedyś pracował w polskiej knajpie w Chicago. Umie sprawnie wyrecytować po polsku: "Mamy dziś pierogi, kiełbasę, żurek, placki i kluski".

W kilku pokojach "Nungwi Guests House" mieszka mieszane towarzystwo ze Skandynawii, Niemiec i Anglii. Jeden z miejscowych rastamanów zachwycony tym, że wyluzowani Szwedzi od rana zamawiają drogie piwo, częstuje gości haszyszem. Odgryza kawałek czegoś, co wygląda jak plastelina i kładzie na stole. Oni już wiedzą o co chodzi i wprawnie robią sobie skręty.

Problem z pokojem jest taki, że nie ma prześcieradeł, ani ręczników. Rastamani filozoficznie kręcą wielkimi głowami. Nie ma i koniec. Są w praniu, albo i gdzie indziej. Może będą wieczorem, może jutro... Trudno. Będziemy spali przykryci koszulami. Po 22-giej nie ma też wody, bo tu na noc wyłącza się pompę, która tłoczy wodę ze zbiornika na dachu.

Idziemy na lunch do polecanej "New Dhow Restaurant", nieopodal targu rybnego. Chyba jednak trafiliśmy do jakiejś zupełnie nowej filii restauracji. Jest 13 i wygląda na to, że jesteśmy dziś pierwszymi klientami. Rozsiadamy się przy stoliku ustawionym pod daszkiem z palmowych liści bezpośrednio na plaży i rozpoczynamy negocjacje. W końcu ustalamy menu i cenę. Na stół wjeżdża ciepła cola (zepsuł się agregat na ropę i nie ma elektryczności, a prawdopodobnie nigdy nie było). Kucharz wysyła chłopaka na targ po małego tuńczyka i kilka ziemniaków. Wyrostek rusza biegiem, ale po kilku metrach zwalnia, a potem sunie ślamazarnie w stronę ustawionych na krawędzi plaży straganów. Mija cała wieczność zanim wróci, a kucharz zabierze się do rozpalania grilla i oprawiania ryby. Danie pojawia się na plastikowym stole po godzinie. Pytam ile mają tu klientów? "Trzech, czterech dziennie. Da się wyżyć. Poza sezonem jest gorzej...".

Po obiedzie pływamy w morzu. Popełniliśmy błąd, bo wyszliśmy rano z "hotelu" w samych kąpielówkach i z ręcznikami. Gdy po południu wracamy, na placu, przez który musimy przejść, odbywa się jakiś festyn. Od razu wyhacza nas jakiś strażnik rewolucji moralnej i robi nam awanturę. 

 

Przemykamy do hotelu opłotkami, ubieramy się w odpowiedni strój i wracamy na festyn. Niesamowita gratka fotograficzna. Kobiety w odświętnych, kolorowych batikach tworzą wielkie, zamknięte kręgi i podrygują w rytm muzyki z głośników ustawionych na piasku. Tylko one tańczą w dostojnym korowodzie, jakby to było spotkanie miejscowej Ligi Kobiet. Wokół biegają roześmiane dzieciaki. Robimy zdjęcia, aż przeganiają nas groźne pomruki facetów, którzy rozsiedli się na ganku przychodni lekarskiej i z marsowymi minami lustrują swoje kobiety.

Wieczorem w "Cholo" spotkanie w międzynarodowym gronie. Duszą towarzystwa jest Belg, który mówi wszystkimi językami świata. Jest stewardem w Swiss Air. Przyjechał tu na tydzień ze swoją dziewczyną - zażywną Rosjanką z Łotwy, która pracuje w irlandzkim Ryan Airze w Niemczech. Do tego sympatyczny Kazach, nieźle mówiący po polsku ("moje dużo kolegi są Paliaki") i czwórka Norwegów. Dwóch facetów, to nauczyciele, którzy za parę dni zaczynają siedmiotygodniowy staż na wyspie Pemba. Z nimi są dwie studentki medycyny z Christiansand: Hilde i Lara. Dziewczyny właśnie skończyły staż w szpitalu w Arushy. Jemy dość sprytnie pomyślaną kolację. Za niecałe 10 dolarów można jeść dobierając do woli, ale w praktyce każdy zjada tylko jedną porcję, bo jak chcemy obiecaną dokładkę, jedzenie już gdzieś zniknęło, a kucharz komicznie drapie się po głowie i rozgląda zdumiony.

11:30, mzungu6
Link Komentarze (1) »
środa, 02 grudnia 2009
Dzień 21

Śni mi się najazd Cyganów na ogarniętą powstaniem Warszawę. Słyszę strzały z karabinu, huk dział i gwizd kul. Ale to chyba na szczęście tylko przybór oceanu i szum wiatraka, który u sufitu mieli z mozołem gęste, gorące powietrze. Rano tropikalne słońce rozprasza wszystkie złe myśli. Połykamy śniadanie - takie jak zawsze: najpierw kawałek mango i mały, kilkucentymetrowy banan, potem tost i mikroskopijna jajecznica.

Do tego kawa z proszku. Idziemy do wioski. Maciek szaleje z aparatem fotograficznym, aż zaczynam się trochę denerwować, bo lokalsi patrzą na nas z coraz większą irytacją. Kupujemy w sklepiku dwa batiki dla Ady. Wstępujemy do baru, w którym z rzeczy nie budzących podejrzeń jest tylko coca cola. Tu nas przez telefon łapie Matylda. Chce się spotkać z nami natychmiast - ma jakieś okienko w swoich licznych obowiązkach właścicielki pensjonatu. Dopijamy duszkiem ciepły ulepek i lecimy. Po drodze zahaczamy o port rybacki. Jesteśmy świadkami magicznej sceny powrotu rybaków z połowu. Małe, kruche łódeczki odbijają się w turkusowej toni. Ocean jest cichy, jak powierzchnia lustra. Łapiemy za aparaty...

Matylda jest bardzo miłą, energiczną dziewczyną, o sympatycznej urodzie, która nie pozwala odgadnąć jej wieku. Przez 15 minut wyliczamy naszych wspólnych znajomych i wysłuchujemy skróconej wersji historii, jak dziewczyna z Warszawy, dzięki szkole nurkowania stała się właścicielką domu na Zanzibarze. Narzeka na biurokrację i pyta, czy korzystając z naszych świeżych kontaktów moglibyśmy ją umówić z ambasadorem. Dobrze się składa, bo wiemy od ambasadora, że bardzo chciał ją poznać. Matylda nagle podrywa się i mówi, że musi wracać do obowiązków. Na dłuższą pogawędkę umawiamy się wieczorem w "Cholo".

Leniwie włóczymy się po plaży, aż, niemal tuż przy naszych domkach, zawijamy do restauracji o dumnie brzmiącej nazwie "Kalifornia". Ceny w miarę przyzwoite, tylko trzeba długo czekać. Może dlatego, że ewidentnie zaskoczyliśmy obsługę. Jesteśmy jedynymi gośćmi. Pewno wszyscy mają pobyt bardziej zorganizowany: nurkują, pływają, zwiedzają miejscowe plantacje przypraw... 

Po obiedzie, zapewne wbrew wszystkim zaleceniom dietetyków idziemy popływać. Półtorej godziny w oceanie. Niebo! Woda jak gorąca zupa. Jest akurat przypływ, więc niemal po dwóch krokach robi się głęboko po szyję. Pływa się świetnie. Potem znów spacerek po wsi. Nungwi, im dalej od plaży i usytuowanych tam "domów wczasowych" tym jest dziksza. Ale czujemy się zupełnie bezpiecznie. 

Chyba zupełnie bezpodstawnie. Wieczorem Matylda opowie nam historię, która zdarzyła się tu przed naszym przyjazdem. Otóż miejscowi dobrzy muzułmanie i chrześcijanie, najbardziej na świecie boją się stwora o nazwie popobawa. Popobawa pierwszy raz pojawił się w latach '70 na odległej o 50 kilometrów wyspie Pemba, a potem rozprzestrzenił się na cały Zanzibar. Potwór ten, to duch człowieka-nietoperza (Batman?). Nocami - jak wszystkie tego rodzaju legendarne stwory - porywa dzieci, niszczy uprawy, sprowadza choroby, bezpłodność, a także na pewno sika do mleka. Dniem przybiera ludzką postać i znika w tłumie. Gdy gruchnęła wieść, że popobawa znów grasuje w okolicy, w Nungwi wybuchła panika. Ludzie bali się spać w swoich lepiankach. Nocami gromadzili się przy ogniskach i czuwali. Aż któregoś dnia, w południe, ktoś wskazał palcem na przejeżdżającego przez wieś na rowerze Obcego. To był jakiś Tanzańczyk z kontynentu. Ktoś z tłumu na targu rzucił hasło, że ten Obcy jakoś tak dziwnie przypomina popobawę. Nikt tego nie analizował. Nie pytał skąd? jak? dlaczego? Nie wiadomo kto pierwszy rzucił kamień, potem następny i następny. W "złego ducha" ciskali mężczyźni, kobiety, a nawet dzieci. Cała wioska. Martwego nieszczęśnika spalono razem z jego rowerem. Policja wszczęła dochodzenie, ale szybko sprawę umorzyła. No bo kogo tu aresztować? Całą wioskę?

Wieczorem znów siedzimy w "Cholo", tym razem w towarzystwie Matyldy. Nasz bar nie ma żadnego szyldu. Nie ma też tak naprawdę żadnej oficjalnej nazwy. Miejscowi nazywają go "Cholo", bo podobno kilka lat temu prowadził go człowiek o takim imieniu, deportowany później za machlojki podatkowe i chyba handel narkotykami. Marijuana i haszysz są zresztą w "Cholo" wszechobecne. Trudno porozmawiać 5 minut, by nie dosiadł się jakiś wystylizowany rastaman i nie zaproponował skręta. Według Matyldy większość, albo i wszyscy, to policyjni prowokatorzy, którzy najpierw sprzedają białasom towar, a potem aresztują. Do wykupienia się od więzienia wystarcza studolarowy banknot wręczony na zapleczu baru, poczym zarówno klient, jak i diler-gliniarz, wracają spokojnie na wysokie stołki przy kontuarze. Matylda jest dziś w kiepskim nastroju. Zdenerwowana pali papierosa za papierosem. Jej narzeczony - Wojtek, leży w warszawskim szpitalu. Ma malarię. Matylda się wścieka, bo jej zdaniem źle go tam leczą. Powinni mu podać specyfik o nazwie Coarten. Tylko on prawidłowo leczy miejscową odmianę malarii. Matylda podejmuje decyzję. Musi jeszcze załatwić kilka najpilniejszych spraw - w końcu jest szczyt zimowego sezonu, i wraca do Polski, ratować narzeczonego. Zostajemy w "Cholo" i poznajemy parę turystów z Warszawy. Przyjechali na Zanzibar na tydzień, trochę ponurkować i odpocząć. Przeznaczyli na to więcej pieniędzy, niż my na cały miesiąc w Afryce. Warszawiacy odwiedzili już tu plantację przypraw, wzięli kilka lekcji nurkowania, mieszkają w wysokiej klasy hotelu, a wieczorami stać ich nie tylko na piwo, ale i na drinki z parasolką. Dosiadła się do nas na chwilę starsza Amerykanka i zostawiła ulotkę reklamującą "Workshop Cafe". Z entuzjazmem opowiadała, że jest tu już kilka miesięcy i uczy tutejszych jak robić prawdziwe amerykańskie cappuccino, pancakes i muffins. Uważa, że to niezwykle szlachetne przedsięwzięcie charytatywne. Ma poczucie misji. Marzy, by wkrótce wszędzie turyści mogli znaleźć doskonałe, amerykańskie potrawy, których tak bezskutecznie teraz szukają, znajdując tylko jakieś prymitywne "ugali samaki". Gdy mówimy, że my wolimy "ugali samaki" i nie uważamy, żeby było to prymitywne, patrzy na nas jak na dziwaków, którzy za wszelką cenę chcą się przekomarzać. Szkoda gadać. Cholerni Amerykanie. Wydaje im się, że mają wszystko co najlepsze i tylko dzicy ludzie nie kochają hamburgerów i frytek. Co najbardziej smutne, pewno im się uda. Już teraz coca cola wyparła bananowe piwo, które podobno jeszcze kilka lat temu można było wszędzie tu dostać.

11:27, mzungu6
Link Dodaj komentarz »
Dzień 20

Przewodnik-krętacz niecierpliwi się i pogania nas już przed 8 rano. Natarczywie dopomina się o kasę. Ale Maciek twardo odmawia - zapłaci dopiero po dowiezieniu na miejsce. Wsiadamy do busika. Krętacz ostatni raz domaga się swojej doli, ale w końcu niepocieszony odpuszcza i wysiada. Nigdy się nie dowiemy jakie miał intencje. W Nungwi płacimy kierowcy, dokładając tysiąc szylingów, bo "nie ma reszty". Jak zwykle głupie mzungu dają się nabrać. Obchodzimy pół wioski i ostatecznie decydujemy się na pierwszy hotel, który obejrzeliśmy. 

Jumbo Brothers to bungalowy ustawione bezpośrednio na plaży, kilkanaście metrów od Oceanu Indyjskiego. Zbijamy cenę jedynie nieznacznie do ok. 40 dolarów za noc. Bardzo drogo. Ale turkusowy ocean jest tuż za progiem. Idziemy plażą na spacer. Biały piasek o konsystencji mąki. Ślicznie ukształtowana linia brzegowa, poszarpane zatoczki, wystające z wody skały. Ciemnoskóre dzieciaki chlapią się na płyciźnie i ganiają z chudym, ale szczęśliwym psem. Po dwóch godzinach na świeżym powietrzu głodniejemy. Nad morzem są niestety tylko potwornie drogie restauracje. 

Nasz budżet ledwo nam pozwala na zjedzenie zupy. Wszystkie smutki idą w niepamięć, gdy wskakujemy do morza. Woda jest niemal gorąca. +27 co najmniej. Po pół godzince pływania muszę jednak wyjść na brzeg. Boli mnie głowa i skwierczą nogi spalone - jak się okazuje - na spacerze. Słońce w zenicie odbiera siły. Biorę zimny prysznic (no... letni) i leżę godzinkę bez życia. Wieczorem siadamy przed domkiem, żeby przedyskutować plan na najbliższe dni, gdy tuż przed naszymi nosami przechodzi Grzegorz Turnau. Słysząc polski język rzuca nam "cześć!" i rusza dalej. Po prostu. Idziemy na mały spacer i kolację. Ostro targujemy się z kelnerem, a potem samym szefem kuchni. Nie mogą zrozumieć dlaczego dwa białasy, czyli mówiąc wprost "chodzące bankomaty" buntują się i nie chcą wypłacić dowolnej ilości pieniędzy. Wieczór kończymy w barze "Cholo" na plaży. 

Popijamy piwo, ale konsekwentnie odmawiamy naganiaczom proponującym hasz i marijuanę. Jak się okaże, nasze obawy są słuszne. Wracamy do naszego bungalowu. Zasypiam, gdy budzi mnie najpierw telefon od Matyldy - koleżanki Piotra Łomnickiego, która w Nungwi prowadzi mały pensjonat. Bezskutecznie próbowaliśmy się z nią spotkać przez cały dzień. A ona właśnie teraz skończyła kolację z Turnaem i całe towarzystwo czeka na nas  u "Cholo" - w barze, z którego wytoczyliśmy się 20 minut wcześniej. Nie mamy sił. Przemawiamy się na jutro. Drugi raz próbuję zasnąć i podrywa mnie na równe nogi przeraźliwe miauczenie. Na moim łóżku siedzi kot i ewidentnie chce wyjść. Skąd się wziął w pokoju kot? Rozumiem karaluch, mysz, szczur... Ale kot. Wypuszczam go na wolność, wracam do łóżka i osuwam się w ciepłą ciemność.

11:18, mzungu6
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 30 listopada 2009
Dzien 19

Buch! Jest środek nocy. Co się stało?

- Pomóż mi!

Maciek jęczy gdzieś z dołu, z poziomu podłogi. Jego łóżko sterczy pod dziwnym kątem. No tak, połamały się deski pod materacem. Upał obezwładniający, +33 stopnie o 4 rano. 

Najpierw robię pamiątkowe zdjęcia, a potem dopiero pomagam Maćkowi się podnieść i jakoś prowizorycznie naprawiamy łóżko. Znów zasypiam. Budzimy się rano. Śniadanie i ruszamy w miasto. Znów gąszcz uliczek, ale jakby bardziej znajomych. Odnajdujemy stary Zanzibar Hotel, w którym zatrzymywali się Europejczycy przed rewolucją 1964 roku. Spotykamy jazzmana, który grał na pianinie w bandzie hotelu Pigalle u Heleny Trembeckiej. 

 

Oglądamy kino Majestic, które jest dziś w miejscu tego hotelu. W końcu spragnieni piwa trafiamy do Zanzibar Coffee House. Tu oczywiście, tak jak wszędzie nie ma alkoholu. Przynajmniej oficjalnie. Ale kierują nas do altanki na dachu, gdzie wypijemy po dwa piwa Safari. Jest dobrze, choć teraz, w tym upale chce mi się spać.

Wracamy więc labiryntem uliczek do "domu" - hotelu Jumbo. Krótka siesta i w drogę. Na targ rybny. Chcemy trochę egzotyki i pysznych ośmiornic. Najpierw jednak bilety powrotne na prom. 

W porcie okazuje się, że nie można kupić biletów z tak dużym (tydzień) wyprzedzeniem. Widząc dwóch zdezorientowanych białasów, przyczepia się do nas "przewodnik". Oferuje nam przejazd następnego dnia do Nungwi, za połowę ceny rzuconej przez taksówkarza - za jedyne 9 tysięcy szylingów za dwóch. Obiecuje zabrać nas rano z hotelu. Gdy wyciąga rękę po zaliczkę, Maciek zdecydowanie odmawia. Umawiamy się na jutro. Na targu rybnym znajdujemy klimatyczną knajpkę i zajadamy się ośmiornicą z bułeczką i kassawą, podanymi na miejscowej gazecie. Coś pysznego! Potem ruszamy do knajpy "Monsoon" nad morzem, gdzie umówiliśmy się z Anią i Tomkiem - polskimi Szwajcarami, z którymi Maciek poznał się w Horombo.

Przychodzą razem ze swoim przyjacielem, Szwajcarem urodzonym w RPA. 

Tylko on jeden z ich grupy doszedł do Uhuru. W restauracji gra miejscowa kapela. Poza muzykami i obsługą dookoła same białasy. Rozmawiamy w czterech językach naraz: z kelnerami udajemy, że mówimy w suahili, ze sobą po polsku, niemiecku, a czasem w jedynym wspólnym dla wszystkich - angielskim. Rzucamy okiem do menu na ceny i w duchu dziękujemy Bogu, za ośmiorniczki z gazety. Decydujemy się z Maćkiem na piwo, za które na szczęście i tak, jak się okazuje, płaci Tomek.

10:42, mzungu6
Link Komentarze (1) »
Dzień 18

Dar es Salaam. Dramat. Czyści mnie od wczesnego poranka. 9 tabletek węgla musi pomóc. Czyżby "polski lunch" w ambasadzie poczynił takie spustoszenie? Zaciskam zęby i idę z Maćkiem do hotelu New Africa na umówione spotkanie z wiekowym portrierem.

Oczywiście zamiast starego wiarusa czeka na nas 20-letnia podejrzliwa PRówka, która nie ma bladego pojęcia o tym co się tu działo 5 lat temu, a co dopiero 45. Za to niewiedzę nadrabia stanowczością. Żąda pisemnych deklaracji kim jesteśmy i jaki też użytek zrobimy z wiadomościami o hotelu, których nam ewentualnie dostarczy. Gdy dopełniamy formalności okazuje się, że oczywiście i tak panienka nic nie wie, nikogo nie zna, z nikim nas nie zamierza umówić. Nie wie nawet ile jej hotel ma pięter. Trudno. W drodze powrotnej odwiedzamy agencję Swiss Air, żeby potwierdzić nasze bilety powrotne (to procedura w Tanzanii obowiązkowa). W biurze niespodzianka, obsługuje nas Polka - Katarzyna Bossiney. Jest tu, w Dar es Salaam od 1978 roku. Pokazuje nam z dumą w komputerze zdjęcia swoich dzieci.

O 12.30 odpływamy na Zanzibar. Na prom "Flying Horse" stawiamy się zgodnie z przepisami już o 11.15. Oprócz nas, ośmiu innych białasów i kilku okrytych kocykami Masajów, resztę miejsc zajmują żołnierze tanzańskiej armii, którzy wybierają się na wyspę Pemba w związku z kryzysem politycznym w Kenii. Podróżujemy wygodnie w saloniku VIP na wielkich fotelach. Wkrótce po odcumowaniu wszyscy zasypiamy. Tuż przed dopłynięciem do celu, gdy w oknach pojawiają się już białe plaże, wychodzimy z Maćkiem na pokład, żeby odetchnąć morską bryzą. W porcie wypełniamy formularze pobytowe i łapiemy taksówkę do hotelu Jumbo w centrum Stone Town. 36 tysięcy tanzańskich szylingów za noc, to nieco ponad 30 dolarów. Drogo, ale obok jest miły ogródek, w którym właśnie siedzę i piszę te słowa. Pokoje małe, bez łazienek. Ale za to wielkie łoża z baldachimami, jak dla arabskich księżniczek. Idziemy w miasto. Oczywiście nigdzie nie można dostać piwa.

W okolicach plaży zjadamy nasz pierwszy seafood z ugali i kieliszkiem białego wina. Potem leniwie włóczymy się po Stone Town. Małe, wąskie uliczki. Kręte, prowadzące donikąd. No i w pewnym momencie musimy się przyznać, że kompletnie nie wiemy gdzie jesteśmy. Musimy poprosić jakiegoś kolesia, żeby nas za 500 szylingów doprowadził do naszego hotelu. Resztę wieczoru spędzamy w hotelowym ogródku, przy internecie i coca-coli. Heath Ledger popełnił samobójstwo. Normalnie szok!


10:34, mzungu6
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 29 listopada 2009
Dzień 17

Dar es Salaam w dzień robi dużo lepsze wrażenie. Rano jedziemy dalla-dalla (przeładowanym mikrobusem bez szyb) do "naszej" dzielnicy Mwenge. Błądzimy szukając katolickiej parafii św. Maksymiliana Kolbego i księdza Stanisława Górala, który czeka na nas ze śniadaniem. Odnalezienie właściwego kościoła nie jest takie proste.

Najpierw, przygodnie spotkany staruszek kieruje nas do zboru Adwentystów. Potem wędrujemy przez osiedle przypominające Ursynów po IV Wojnie Światowej i trafiamy na kaplicę gospel. Z godzinnym opóźnieniem trafiamy wreszcie we właściwe miejsce. Ksiądz Stanisław, to postawny mężczyzna, na oko ok. 50. Jowialny, rubaszny i bezpośredni. Wyraża się szokująco dosadnie. Jak wojak na odległej, zapomnianej reducie. Ale ma złote serce. Nie zważając na ranną godzinę polewa nam piwa i wino domowej roboty. Razem jedziemy jego 26-letnią toyotą na bazarek sztuki ludowej. Zostawiamy tam ponad sto dolarów, ostro się targując i zbijając ceny średnio o 50 procent.

Z łupami, wraz z księdzem jedziemy do rezydencji ambasadora w dzielnicy białych bogaczy Oyster Bay. Wita nas Joasia, żona ambasadora z 6-letnią córką - Jadzią. Zwyczajowe small-talki, gratulacje z okazji zdobycia Kili, pogawędka o pogodzie. Po przyjściu konsula z żoną i - na końcu - ambasadora, służba prosi na obiad. Kopytka, zraziki, czerwone południowoafrykańskie wino, konwersacja skrząca się bon-motami, itd.

Do hotelu odwozi nas kierowca z ambasady. Prosimy, żeby zaczekał i dajemy mu na przechowanie nasze ciepłe rzeczy z Kili. Po południu idziemy na spacer do hotelu New Africa, o którym w "Hebanie" pisał Kapuściński. Chcemy pogadać z kimś, kto tu pracował w latach '60. Recepcjonistka każe nam przyjść jutro. Obiecuje, że spotkamy starego portiera, który pamięta tamte czasy.

Kolację jemy u Hindusa pod hotelem.

 

11:22, mzungu6
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3